gadam-do-kota blog

Twój nowy blog

Co i rusz obsesyjnie powracam myślami do pewnych kwestii, z którymi do tej pory nie dałam sobie rady. Świadomość, że trzydziestka na karku, a ja wciąż sama jak palec, nie poprawia mi samooceny. A jednocześnie zdaję sobie sprawę, ze tak naprawdę robię mniej niż bym mogła, bo się zwyczajnie boję. Mogłabym się tłumaczyć tym, co zawsze do tej pory – że nie miałam wzorców w domu rodzinnym, że nie chcę się wpakowac w to samo co moja mama, że nie miałam i nie mam za bardzo możliwości kogoś poznać, bo skończyłam sfeminizowane studia, pracuję w sfeminizowanym zawodzie, a jedyne imprezy na jakich byłam to te rodzinne, plus połowinki, studniówka i otrzęsiny ;) Jednak tak się składa, że znam osoby o podobnej sytuacji życiowej jak ja, które mają nawet dużo mniej wolnego czasu, a były w stanie kogoś sobie znaleźć. U mnie chodzi o coś innego. Ilekroć pojawi się impuls do działania, tyle razy natychmiast włącza się hamulec w postaci myśli – a nawet gdybym zdobyła czyjeś zainteresowanie, to co bym potem z tym zrobiła? Czy byłabym w stanie sprostać temu wszystkiemu, co kryje się pod pojęciem dojrzałego związku? Czy umiałabym się dopasować i dograć z kimś innym, czy potrafiłabym zdobyć się na kompromisy i nawet czasem zrezygnować z jakichś własnych spraw? Czy umiałabym zrobić coś dla kogoś innego, a nie tylko oczekiwać, że on mi pomoże?

I jeszcze jedna istotna kwestia. Nie jestem już tak w 100% przekonana, że miałam rację kilka lat temu, gdy zaklasyfikowałam się do osób aseksualnych, gdyż zwyczajnie nie miałam jak tego sprawdzić i dopuszczam możliwość, że nie musi to być kwestia wrodzonych predyspozycji, lecz lęków, zahamowań i braku okazji. Jednak z drugiej strony, nawet gdybym znalazła kogoś, kto byłby na tyle cierpliwy, by pracować nad moimi w/w lękami i zahamowaniami, też nie mogłabym mu dać żadnej gwarancji, że przyniesie to jakeiś efekty. A gdyby nie przyniosło? Mógłby poczuć się oszukany i wystawiony do wiatru. A znów mam świadomość, że dla ogromnej większości społeczeństwa sfera seksu w związkach jest bardzo ważna i nie powinnam oczekiwać od kogokolwiek, by się jej wyrzekł w imię uczucia do mnie. 
Próbowałam sobie wyobrazić, co by było, gdyby ktoś mnie postawił przed takim ultimatum dotyczącym czegoś, co sama bardzo lubię albo jest dla mnie ważne. Przykład moze nieco od czapy, ale załóżmy, że trafiam na kogoś, kto z jakichś przyczyn nienawidzi kotów czy np. nie toleruje makijażu u kobiet. W zwiazku z tym, stawia mnie przed wyborem – jesli chcę być z nim, mam się pozbyć kota z domu albo straszyć ludzkość pozbawiona retuszu twarzą. Jeśli to byłaby kwestia jakichś chorych przesądów czy fanatycznych poglądów, roześmiałabym mu się w twarz i  choćbym byla wcześniej bardzo zafascynowana, natychmiast bym się odfascynowała :] Jeśli przyczyna byłaby poważna, np. alergia na koty lub jakiś uraz psychiczny, to jeszcze bym się zastanawiała, choć decyzja byłaby ciężka i nie potrafię powiedzieć, co bym zrobiła. Czy mam więc prawo stawiać kogoś w analogicznej sytuacji? Pytanie retoryczne… 

Ostatnio znowu rzadziej pisałam z braku czasu i z braku godnych uwagi przemyśleń. Ale tym po prostu muszę się podzielić :D Pięć minut dosłownie wyłam ze śmiechu, spłynął mi cały makiljaż, a potem jeszcze długo bolały mnie mięśnie brzucha :D  

Znacie taki przebój Mariah Carey „Ken Li”? Nie znacie? Pewnie znacie, tylko nawet nie wiecie ;) To posluchajcie (przestrzegam osoby o wrażliwych uszach!):   

***

7 komentarzy

Zdarza wam się czasem, że niz tego ni z owego obudzicie się o jakiejś chorej godzinie mimo że wcale nie musicie, a potem nie możecie zasnąć z powrotem, bo Was zgryzoty gryzą? Mnie się to zdarza średnio raz lub dwa na miesiąc. Właśnie próbuję czymś zająć myśli zanim nie zachce mi się znowu spać. Popiszę więc o jakichś bzdetach, może łatwiej zasnę z nudów ;)

Co to jest szczyt czytania ze zrozumieniem? Wyobraźcie sobie, że współpracujecie z firmą. Klient składa zamówienie na usługę. Ponieważ rzeczona usługa aktualnie (aż do odwołania) nie jest dostępna w formie, jakiej klient sobie zażyczył, wystosowujecie mailem całą epistołę z wyjaśnieniem przyczyny sytuacji, propozycją innych form realizacji i prośbą o potwierdzenie. Po dwóch tygodniach otrzymujecie potwierdzenie tegoż zamówienia …. w formie, która jest niedostępna. To po co pisać, po co wyjaśniać, skoro ludzie i tak nie czytają?! I dzieje się tak coraz częściej. Byłabym to skłonna zwalić na reformę system edukacji i nową maturę z polskiego. Jednak w przypadku wspomnianego klienta raczej nie sądzę, by się już na tę reformę załapał. 

1. Niedawno na pewnym opakowaniu przeczytałam napis w języku czeskim: „Zpracovana zelenina jednodruhova” :D Pytanie za 100 punktów – co zawierało opakowanie? :D

2. W anglojęzycznych umowach najmu nieraz uwzględnia się klauzulę o nazwie „Quiet Enjoyment”. Nazwa ta spowodowała powszechną wesołość w grupach, które uczę na kursie angielskiego dla prawników ;) Zagadka – o czym mówi ta klauzula? To nie takie oczywiste nawet dla znających nieźle angielski ;)

Pamiętam, jak czytałam  anegdotę opowiadającą, jak ktoś (wiem że to była znana postać historyczna, lecz nie kojarzę nazwiska, a „Google prawdę Ci powie” nie wyrzuca ;))sprawdził doświadczalnie, że w naszym społeczeństwie najwięcej jest lekarzy – gdyż każdy zapytany okazał się mieć swój własny i oczywiście niezmiernie skuteczny sposób na jakąś popularną dolegliwość. Ja z kolei odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach najwięcej jest psychologów. Nie robiłam wprawdzie sondażu, ale jeśli internet, a zwlaszcza osoby wypowiadajace się na wszelkiej maści forach dyskusyjnych są grupą reprezentatywną, to zaskakujaco dużo wśród nich takich, które roszczą sobie prawo do wyrokowania o czyjejś normalności lub nienormalności i posyłania na terapię, gdy tylko dostrzegą u innych postawy czy sposoby na życie odmienne od swoich własnych. 

Naprawdę, jeśli jeszcze zachowaliście przekonanie o swoim względnym zdrowiu psychicznym, to proponuję mały eksperyment w postaci przedstawienia jakiegokolwiek, nawet bardzo typowego problemu na pierwzym z brzegu forum. Gwarantuję – nawet jeśli Wasz problem jest czymś tak powszechnym jak lęk przed rozmową kwalifikacyjną czy stres na egzaminie na prawo jazdy, wśród odpowiadajacych zawsze znajdzie się ktoś, kto zidentyfikuje Wasze niezwykle poważne zaburzenia osobowości i pośle do psychologa. A już na 100% zostaniecie tam odesłani w trybie ekspresowym, jeśli przyznacie się do jakichkolwiek kompleksów zwiazanych z własnym ciałem, zawstydzenia nagością czy zahamowań seksualnych. (BTW, mam wrażenie że obecnie, w opinii wielu internautów, największym powodem do wstydu jest … sam wstyd – znacznie większym niż np. rozwiązłość. O, przepraszam, poprawka – teraz nie ma czegoś takiego jak rozwiązłość. Teraz jest „wysokie libido”, „pozbawione skrępowania i zaściankowych uprzedzeń podejście do seksu” oraz „zdrowe dążenie do zaspokajania naturalnych potrzeb”). 
Zastanawiam, skąd ci wszyscy domorośli specjaliści od psychologii się biorą. Skutek uboczny powszechnego dostępu do popularnych poradników? Chęć dowartościowania się, bo przez udowodnienie komuś nienormalności i odchyleń można przez kontrast samemu poczuć się lepszym i normalniejszym? 
Wniosek 1 – myślę, że (choć to niewykonalne w praktyce) lepiej byłoby, żeby osoby nie będące specjalistami nie miały tak łatwego dostępu do literatury psychologicznej i, co za tym idzie, pokusy nieustannego diagnozowania innych oraz samych siebie. Tu mówię z własnego doświadczenia, bo swego czasu dość intensywnie zgłębiałam temat i znalazłam u siebie symptomy przeróżnych zaburzeń, od nerwicy natręctw poprzez osobowość unikającą do zespołu Aspergera :] To tak jak z książkami medycznymi – zaczynamy czytać taką publikację jako zupełnie zdrowi ludzie, a kończymy jako ciężko chorzy ;) 
Wniosek 2 (dość oczywisty) – nie należy zwierzać się ze swoich problemów na forach internetowych ;)  

Ostatnio dużo się zastanawiam nad taką kwestią. Czy to, że mam bardzo poważne podejście do życia i nie umiem się wyluzować (przynajmniej w takim sensie, jak wiele osób to wyluzowanie rozumie), jest dobre czy złe? Czy wygrywam na tym, czy raczej przegrywam? Czy to kwestia mojego własnego wyboru, czy też po prostu lęku i braku okazji? 

Zastanawiające, że ostatnio uslyszałam i przeczytałam kilka opinii skupiających się własnie wokół tej kwestii. Wiem, że wiele zależy od tego, kto taką opinię wypowiada (np. dla kogoś, kto jeśli chodzi o postawę życiową reprezentuje przeciwległe ekstremum, ktoś taki jak ja będzie zawsze za mało wyluzowany ;)). Ale tak sobie myslę, czy nie powinnam jednak zrobić czegoś, by się chociaż zbliżyć trochę do normy? 
Weźmy takie stwierdzenie, które ostatnio padło na blogu Vincenta na temat jednej z jego znajomych blogowiczek:” jak każdy normalny człowiek, potrafi tańczyć do białego rana, pić wódkę, rżnąć w karciochy…”. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę żadnej z tych rzeczy nie doświadczyłam i wiele wskazuje na to, że nawet nie umiem. Nie będę oczywiście zaraz wyciągać z tego wniosków, że jestem człowiek nienormalny ;) Ale mogę za to wyciągnąć wniosek, jakie osoby się ceni. Takie, które z jednej strony mają wiedzę i szerokie zainteresowania, na czymś się znają, a z drugiej potrafią też się czasem odciąć od spraw waznych i poważnych, zrelaksować i zabawić, a na spotkaniu towarzyskim cieszą się chwilą, potrafią z każdym zagadać i nie uważają, że jakaś forma rozrywki jest „nie dla nich”. Innymi słowy – osoby „do tańca i do różańca”. (A propos różańca – niedawno na jakimś forum jeden z moich „sztywnych i niepopularnych” poglądów został skomentowany „Ty się chyba z oazy urwałaś”. ROTFLMAO po prostu :D :D :D Caly absurd polega na tym, iż powyższe stwierdzenie odnosi się do osoby, która od dawna nie utożsamia się z żadną konkretną religią :)).  Natomiast osoby zbyt poważne i spięte są może nie tyle nielubiane, co w pewnych sytuacjach odstraszają. Można np. wyjść z założenia, ze nie ma co takiej zapraszać na imprezę, bo i tak się będzie źle bawić. Albo że nie da się z nią rozmawiac o czymkolwiek innym niż o powaznych kwestiach egzystencjalnych i zawiłych problemach naukowych (lub, co gorsza, o pracy ;)), a nie są to tematy, które chce się poruszać na spotkaniach towarzyskich. 
To ja się w takim razie zapytowywuję ;) – jak się tego wszystkiego nauczyć? Jak się wyluzować? Jak pozbyć się image’u osoby, która umie sobie radzić głównie z ksiązkami i komputerem, natomiast z ludźmi już nie bardzo – tylko w określonych i przewidywalnych sytuacjach? Jak przestać być, jak ktoś to kiedyś określił „nadętą świętą Zytą”? ;) Może ktoś zna jakiś dostępny sposób? I uprzedzam argumenty, które się nieraz do tej pory pojawiały – nie chodzi mi o to, by sie dopasowywać na siłę do większości wbrew sobie. Ja sama mam potrzebę, by coś z tym zrobić, bo dość mam tego, że mnie wszystko w życiu omija i że jestem odbierana przez otoczenie w wyżej opisany sposób. 

***

3 komentarzy

Mimo, ze jeszcze zostało sporo czasu, już się zaczynam bać swoich trzydziestych urodzin. Boję się, że to będzie jeszcze bardziej zrąbany dzień niż minione dwudzieste dziewiąte. Nie zrozumcie mnie źle – to jest młody wiek, ale są bardzo konkretne sprawy, w których absolutnie nie działa on na moją korzyść. Jeśli do dnia tychże urodzin nic się zncząco nie zmieni, będzie to chyba jeden z gorszych dni mojego życia. 

padam

2 komentarzy

Trochę ostatnio wytraciłam impet pisania, ale od kilku dni ledwo żyję. Najpierw z powodu przeziębienia byłam żywą ilustracją angielskiego wyrażenia „to look like something the cat brought in” (wyglądać jak coś, co przywlókł kot – bardzo obrazowe, swoją drogą). Zarówno wyglądałam, jak i czułam się, jakby mnie przywlókł mój własny kot, a potem jeszcze przeżuł i wypluł. A teraz z kolei blady strach na mnie padł, bo się okazało, że będą sprawdzać coś, co powinnam była zrobić dawno temu, a nie skończyłam – rozkłady materiału. Jeśli ktoś nie wie, co to rozkłady materiału, to nie życzę mu, by sie dowiedział (zwłaszcza empirycznie poprzez koniecznosć sporządzania takowych). Zmora i koszmarny sen nauczycieli, także tych ze szkół prywatnych…. Jednak wyglądało to na początku gorzej niż się okazało w rzeczywistości, gdyz udało mi się zmodyfikować wcześniejsze egzemplarze tych paskudnych biurokratycznych tabelek, wiec z trzech rozkładów miałam półtora do napisania od nowa. Właśnie skończyłam, ale padam na pysk. Idę spać, a jutro będę zwalczać świeżo nabyty wstręt do pisania, bo kolejna robota czeka… 

To mnie powaliło :) I nie ma co, celne :D

„Oczywiście, babcia Weatherwax zawsze demonstrowała swoją niezależność i samodzielność. Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś obok siebie, żeby mu demonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.” / Pratchett

kumulacja

2 komentarzy

Jednak coś w tym jest, że różne dość znaczące rzeczy mają tendencję do kumulowania się w określonych miesiącach. U mnie to się najwyraźniej sprawdza. Dzisiaj  zastanowiłam się nad tym i uświadomiłam sobie, że w lutym i marcu bieżącego roku: 

- mija 10 lat mojego nalogu internetowego – owszem, wcześniej korzystałam na uczelni, ale to było od przypadku do przypadku i robiłam tylko to, co mi kazano na zajęciach; świadomie i celowo zaczęłam korzystać z sieci własnie w okolicach lutego 1999 – początkowo latając od kafejki do kafejki (btw, mam wrażenie, że instytucja kafejek internetowych jest w zaniku – wszyscy mają net w domach ;)),
- ok. 8 lat temu pierwszy raz poznałam kogoś przez internet, 
- 6 lat temu napisałam pierwszą w życiu notkę na blogu – teraz dzięki odtworzonemu archiwum więm, ze było to 3 marca 2003 r.,
- 5 lat temu weszłam do społeczności internetowej skupionej wokół pewnego portalu, gdzie zawarłam kilka ważnych znajomości – niektóre z nich trwają do dzisiaj, 
- 3 lata temu przeprowadziłam się tu, gdzie teraz mieszkam. 
To są sprawy warte zapamiętania – moze jeszcze coś by się znalazlo, ale wolę do tego nie wracać ;) 

  • RSS