gadam-do-kota blog

Twój nowy blog

Drugi raz biorę udział w debacie na blog.pl. Moje stanowisko? Sama nie bluzgam i źle odbieram używanie wulgaryzmów przez innych. Moje argumenty są następujące:

1. Stosowanie popularnych przekleństw bez nacechowania emocjonalnego, jedynie jako przerywników, odbieram jako znak, że mówiacy ma ograniczony zasób słownictwa lub nie umie budować dłuższych wypowiedzi, więc co kilka słów musi sobie dać czas na myślenie, co by tu dalej powiedzieć. Poza tym, jesli ktoś z góry założy, że wszystko da się wyrazić popularnym słowem na k, nie ma już motywacji, by szukać bardziej wyrafinowanych sposobów wyrażania swych odczuć. Jeszcze jestem w stanie od czasu do czasu tolerować przekleństwo użyte w stanie skrajnego wzburzenia przez osoby, o których wiem skądinąd, że mają bogaty zasób słownictwa i potrafią się wysłowić. Jednak tez się nieco dziwię, bo to moim zdaniem jest pójście po linii najmniejszego oporu. Jeśli się ma do dyspozycji cały arsenał ciekawych słów i wyrażeń, po co sięgać po tak banalną i pospolitą broń?
2. Zjawisko spowszednienia przekleństw kojarzy mi się ze swego rodzaju uniewrażliwieniem i utratą subtelności. Coraz wiecej rzeczy, które kiedys szokowały, przestaje na wielu osobach robić jakiekolwiek wrażenie. Boję się myśleć, do czego mozna dojśc, gdy wszystko stanie się normalne i akceptowalne. Wydaje mi się, ze jednak jakieś granice kultury i dopuszczalengo zachowania  powinny istnieć – podobnie jak moim zdaniem są rzeczy, które powinny pozostać tabu. 
Co do subtelności – wydaje mi się, ze to jest jedna z moich wazniejszych cech, być może kompletnie niedzisiejsza, ale ja ją w sobie akceptuję i nie chciałabym się jej wyzbyć. Poza tym mam taką dziwną właściwość, że nawet nie umiem przeklinać – po prostu takie słowa jakoś mi przez gardło mie przechodzą. Jedyne co potrafię, to przekląć w duchu bądź szeptem po agielsku, i to bez odniesień seksualnych ;) 
(Nawiasem mówiąc, trafiłam niedawno na artykuł w jakimś babskim czasopiśmie, gdzie wypowiadała się pewna pani terapeutka. Twierdziła ona, ze nieumiejętnośc przeklinania i świntuszenia dowodzi braku akceptacji własnej seksualności i kontakut z nią. No,  to już wiem o co chodzi ;) Ale nie mam zamiaru uczyć się kontaktu z własną seksualnością kosztem utraty delikatności).

Tak się złożyło, że trafiwszy ostatnio na pewien bardzo ciekawy blog i przewertowawszy (jak to miewam w, podobno nietypowym, zwyczaju) całe archiwum, tudzież sporą część linków, doznałam nagłego natchnienia. Zobaczyłam bowiem, że autorka przeprowadziła skuteczną reanimację poprzedniego skasowanego bloga i dołączyła zreanimowane fragmenty jako linki. I tu byłam zaskoczona, gdyż wprawdzie wiedziałam, ze różne rzeczy w internecie są archiwizowane, ale nie przypuszczałam, że aż tyle się zachowuje. Patrzyłam do tej pory jedynie na zapisane strony główne, natomiast do głowy mi nie przyszło, by poklikać w archiwalne linki – a tymczasem niektóre działają :) Zasięgnęłam więc porady fachowca ;) jak to zapisać i mam teraz takie dodatkowe niby-archiwum w linkach :) Nieco okrojone, bo np. komentarze nie działają i nie wszystko się zachowało. I znamienne, że co zasługiwało na wylot w kosmos w trybie przyspieszonym, to wyleciało w niego na dobre ;) I niech tak zostanie.  

Wnioski? Primo, nie da się popełnić w 100% skutecznego samobójstwa blogowego ;) Secundo, nieraz okazuje się, ze coś jest cały czas możliwe, tylko o tym nie wiemy. Pamiętam, jak 4 lata temu żalowałam, że cały rok mojej pisaniny i przemyśleń poszedł w Pireneje. A to przez ten czas gdzieś sobie istniało, tylko nie byłam tego świadoma.
Kolejny przypadek na potwierdzenie tezy – będąc u mamy, otworzyłam na jej laptopie dobrze sobie znaną stronę i bylam zaskoczona, ze widzę zupełnie co innego niż u siebie na monitorze. Tak konkretnie, to widziałam ze 3 razy wiecej szczegółów. Okazało się, że to, co u mnie zlewalo sie w jednolitą czerń z ledwo odróżniajacymi się literkami, w rzeczywistości jest chyba trzema odcieniami rzeczonej czerni, z efektami wypukłości i przezroczystości. Najpierw się załamałam, że mój 7-letni monitor właściwie nadaje się na śmietnik. Ale potem poszłam do swojego mieszkania i po rozum do głowy. Zaczęłam grzebać w ustawieniach czegoś, co zwie się NVidia Control Panel, a czego do tej pory prawie nie używałam, obserwując przy tym wcześniej oglądaną u mamy stronę i mając w pamięci to, jak ona MOŻE wyglądać. I voila! Choć jakości LCD na CRT nigdy nie uzyskam, to jednak udalo mi się  znacznie wyostrzyć i rozjaśnić swój ogląd rzeczywistości internetowej, przez co widzę może nie 3 razy wiecej szczegółów, ale tak ze 2 razy więcej :) I tylko pluję sobie w brodę, ze mogłam tak zrobić już niemal rok temu, gdy zmieniłam komputer. (A propos plucia sobie w brodę – gdzieś tam w archiwalnych linkach z wiosny lub lata 2004 jest opowieść o tym, jak zakładałam sobie neostradę, wściekałam się, że nie działa, a ona cały czas działała, tylko różne takie obecne tu jednostki nie przeczytały instrukcji i myślały, że wszystko wiedzą :] ). 
A teraz się zastanawiam, ile jeszcze w tym momencie mogę mieć nieodkrytych możliwości ułatwienia sobie życia lub uzyskania względnie odzyskania czegoś, na czym mi zależy, które sobie gdzieś tam istnieją, a ja nawet nie jestem tego świadoma, bo po prostu nie wiem, jak do nich dotrzeć albo nie jestem w stanie wpaść na bardzo proste rozwiązania?

Coraz bardziej nabieram przekonania, że jeśli coś ma się wydarzyć, to się i tak wydarzy, choćby wszystko wskazywało na coś dokładnie odwrotnego. Ale z drugiej strony jeśli się wydarzyć nie ma, to się nie wydarzy, choćbym stanęła na uszach. Prędzej zobaczę jedno ze wspomnianych uszu bez pomocy lusterka. 

zamiast

2 komentarzy

Mogłabym jak co roku napisać, ze bojkotuję Walentynki. Ale stwierdziłam, że byłoby to dokładnie tak nudne i oklepane jak samo to wątpliwe święto ;) Pomyślałam więc, że zamiast tego zrobię sobie dzień dobroci dla samej siebie. Przecież w końcu skoro jest przykazanie „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, to można wywnioskować, że aby kochać bliźniego, należy zacząć od kochania siebie :) Postanowiłam więc spędzić ten dzień w miarę możliwości robiąc tylko to, na co mam ochotę. 

Zaczęłam więc od kolejnego w tym tygodniu spotkania – tym razem z koleżanką, której nie widziałam od października mimo że mieszkamy 15 minut od siebie (btw, jednak się uspołeczniam – trzy spotkania ze znajomymi w ciągu jednego tygodnia to u mnie niezły wynik :)). Pogadałyśmy i zaaplikowałyśmy sobie w kawiarni ogromną dawkę kalorii, absolutnie nie przejmując się wpływem rzeczonych na nasze figury. Potem koleżanka szukała prezentów walentynkowych (a mówiła wcześniej, że nie obchodzi – jednak trudno się nie złamać pod presją ;)), a ja zrobilam mini-prezent samej sobie – różne takie wynalazki do kąpieli, by zrobić domowe spa z własnej wanny (i nieważne, że wanna ma 120 cm długości i koło jacuzzi to nawet nie leżała ;)). Następnie okazalo się, że jednak nie będzie mi dane zdobyć dodatkowych centymetrów w biodrach po tym co zjadłam, bo koleżanka wpadła na spontaniczny pomysł pójścia na siłownię. Pisałam już gdzieś kiedyś, że jedyne sporty, jakie uprawiam na co dzień to ćwiczenia palców na klawiaturze komputera, wspinaczka wysokogórska na czwarte pietro bez windy oraz siatkówka miejska ekstremalna czyli dźwiganie zakupowych ciężarów na piechotę ze sklepu. No i wyobraźcie sobie kogoś takiego, zdechlaka sflaczałego od pracy siedzącej, po godzinie spędzonej kolejno na rowerku, orbitreku i stepperze (po 20 min na każdy). Ledwo łażę, a dzisiaj ciąg dalszy – kolejna godzina. No i sobie myślę, że będę to powtarzać. Zwłszcza że od pięciu lat próbuję zrzucić pięć kilo, ale co zrzucę, nadrabiam z nawiązką – wypadałoby więc wreszcie podejsc do sprawy skutecznie i konsekwentnie. Poza tym wiosna sie zbliża i niedługo nie będzie jak się maskować kurtkami i swetrami ;)

…. czyli za co tłumacz ma ochotę zabić zleceniodawcę :]

Bo tak w ogóle, to ja tłumaczę. Czasem się ;) ale z reguły teksty. Niektóre naukowe, inne mniej lub bardziej, jak to niektórzy określają, „naukawe” (i to nie literówka – słówko utworzone przez analogię z kwasem siarkawym, jak sie okazuje mające zaskakująco duzo wyników w Google ;)). Nie jest to zdecydowanie robota łatwa, bo trzeba być wszechstronnym. Jeśli się na czymś nie znasz, nie ma to znaczenia – musisz się poznać, doczytać w ksiażce, znaleźć w sieci itp., choćby to były tak odległe od siebie kwestie jak wyniki badania szpiku kostnego i trofizm wód jeziora na terenach rolniczych :)
Ale terminy fachowe to jeszcze pół biedy – sprawa wkalkulowana w charakter pracy i coś, czego tłumacz się spodziewa. Jednak jest całe mnóstwo rzeczy nie związanych konkretnie z daną dziedziną, a które tłumacza potrafią przyprawić o wysypkę nerwową i drgawki. poniżej przedstawiam listę tych, na które sama trafiłam. 
1. Zdania wielokrotnie złożone rozmiarów całego akapitu, zwłaszcza naszpikowane zaimkami „który”, która”, „które”. Po pierwsze, trochę litości dla czytelnika, który zanim dobrnie do końca zdania, zdąży zapomniec, co bylo na początku. Po drugie, wspomniane zaimki w jężyku angielskim z reguły mają odpowiednik „who” albo „which”, który zależy jedynie od tego, czy mamy do czynienia z osobą, czy rzeczą lub pojęciem, natomiast absolutnie nie wskazują na rodzaje. W związku z tym, jeśli takich np. „which” jest w zdaniu z pięć, za Chiny nie można się zorientowac, który do czego się odnosi. Jedynym ratunkiem i sposobem, by w ogóle dało sie to czytać,  bywa rozbicie takiej skomplikowanej konstrukcji na dwa lub trzy krótsze zdania. To jednak stwarza ryzyko sytuacji omowionej w punkcie 2. 
2. Oczekiwanie absolutnej wierności tłumaczenia z oryginałem. Zwykle dotyczy to klientów, którzy liznęli jezyka docelowego na tyle, by zauważyć, że „tu jest coś inaczej niż w moim tekście, proszę się trzymać oryginału”. Jeśli ktoś kiedykolwiek zakładał, że jakikolwiek język obcy jest w 100% lub chociaż w 90% dosłownie przetłumaczalny na inny, chciałabym tutaj obalić ten mit :] Jedną z najtrudnieszych rzeczy jest np. oddanie pojęcia w ogóle nie funkcjonującego w danym języku tak, by czytelnik zrozumial o co chodzi. Nie mówiąc już o wspomnanych powyżej konstrukcjach zdaniowych, które sa w jednym języku zrozumiałe (no, powiedzmy),a w innym powstaje totalny chaos. Poza tym jeśli autor oryginału stworzył jakiś bełkot i/lub nastrzelał błędów językowych, tłumacz w tekście docelowym bedzie się jednak starał zredukować poziom bełkotu, a błędów nie powielać. Prędzej zjem własną klawiaturę niż przetłumaczę „w miesiącu maju” jako „in the month of May” :]
3. Błędy świadczące o tym, że autor po stworzeniu swego dzieła nawet porządnie nie przeczytał tego, co napisał. Zwłaszcza rozwalają mnie zdania niedokończone, urwane lub takie, w których ewidentnie brakuje jakiegoś słowa. Tłumacz nie jest jasnowidzem i nie siedzi w głowie autora by wiedzieć, co ten miał na myśli :) Zdarzyło mi się otrzymać tekst, w którym widniało zdanie: „Dzieci w wieku przedszkolnym są.” Po prostu są. Stwierdzamy fakt istnienia dzieci w wieku przedszkolnym. Niezwykle odkrywcze ;)
4. Już od dłuższego czasu istnieje wymóg tłumaczenia streszczeń prac magisterskich i licencjackich na język obcy nowożytny, więc często trafiają mi się takie zlecenia. Jednak bywają takie przypadki, gdy zastanawiam się 1) kto autora/autorkę dopuścił do pisemnej matury z polskiego, a potem dał mu/jej z tejże matury ocenę pozytywną, 2) gdzie był promotor?! Jestem jeszcze w stnaie zrozumieć, że pisanie może nie być czyjąś mocną stroną, bo jest np. ekspertem w zupełnie innych dziedzinach. Ale w głowie mi się nie mieści, że promotorzy, których zadaniem jest przecież pilnowanie, by prace spełniały określone wymogi, są w stnaie przepuścić niektóre wątpliwej urody kwiatki. Jestem skłonna twierdzić, że niektóre streszczneia nawet nie widziały promotora (czy może raczej vice versa ;)) przed oddaniem ich do tłumaczenia. Jak Wam się podoba następujące zdanie umieszczone w streszczeniu: „I tak można by ciągnąć ten wątek w nieskończoność…”? Ja spadłam z krzesła….
5. Ręczne bazgroły. Tłumacze powinni za takie teksty otrzymywać podwójną stawkę, bo oprócz wykonywania własnej pracy sa jeszcze zmuszeni bawić się w kryptologów. Zwłaszcza jeśli mają do czynienia ze słynnym lekarskim charakterem pisma – co, jak się przekonalam, nie jest jedynie stereotypem czy mitem, lecz faktem. 
6. Brak pojęcia o tym ile pracy i czasu wymaga tłumaczenie oraz zwiazane z tym stawianie wymagań z Księ życa. Niedawno byłam świadkiem, jak pewien pan oczekiwał, że ktoś mu zrobi 12 stron tłumaczenia w 2 dni i jeszcze przyjdzie do pracy w dzień wolny, by mu to tlumaczneie wydać. Oczywiście usłyszał, że jest to niewykonalne, więc zrezygnował. 
Podsumowując – kliencie, szanuj tłumacza swego i czas jego :) I nie utrudniaj mu zanadto pracy, która już jest wystarczająco skomplikowana :) 

Tak jest, właśnie na to wygląda. Moja była firma ewidentnie zapuściła macki w moją podświadomość. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że ilekroć natknę się na jakąś informację o nich, zaraz potem śni mi się, że tam znowu pracuję? I że mój były dyrektor każe mi robić jakieś absurdy, a ja jestem pełna oburzenia, że jak to, że on już przecież nie może mi nic kazać – ale nikt mnie nie słucha? 

Jednak pięć lat prania mózgu, manipulacji, ukrytego mobbingu w białych rękawiczkach i szeroko pojętej socjotechniki stosowanej zrobiło swoje. I tym bardziej jestem z siebie dumna, że ponad dwa lata temu ja, którą wspomniany były szef miał pewnie za cichą, zastraszoną owieczkę, która idzie za tłumem, potakuje i nie umie się postawić, jednak powiedziałam „nie”. Do tej pory pamiętam ten jego popis – od zgrywania dobrego przyjaciela, poprzez zwalanie winy na konkurencję, granie na litość, aż do straszenia i wywoływania wyrzutów sumienia, a wszystko to w ciągu 10 – czy 15-minutowej rozmowy. Wyszłam zniesmaczona, ale dumna z siebie, że było mnie stać na odmowę. 
Żeby mi jeszcze  w końcu z psychiki wyleźli….

Niedawno przypadkiem trafiłam na pewien fragment z Sapkowskiego: 

Wszyscy wiedzieli, że Lydia van Bredevoort kocha Vilgefortza z Roggeveen, że kocha go od lat, cichą, zawziętą, upartą miłością. Czarodziej, ma się rozumieć, również o tym wiedział, ale udawał, że nie wie. Lydia ułatwiała mu sprawę, bo nigdy nie zdradziła się przed nim ze swym uczuciem – nigdy nie uczyniła najmniejszego kroku ani gestu, nie dała znaku myślą, a gdyby nawet mogła mówić, nie powiedziałaby ani słowa. Była na to za dumna. Vilgefortz również niczego nie czynił, bo Lydii nie kochał. Mógł, rzecz jasna, po prostu zrobić z niej swą miłośnicę i jeszcze mocniej związać tym ze sobą, a kto wie, może nawet uszczęliwić. Byli tacy, którzy mu to doradzali. Ale Vilgefortz tego nie robił. Był na to za dumny i za pryncypialny. Sytuacja była więc beznadziejna, ale stabilna, i to w oczywisty sposób satysfakcjonowało oboje.

Przypomniałam sobie, jak kilka lat temu ktoś porównał moją sytuację uczuciową do tego właśnie fragmentu. Jest to upiorny schemat przewijający się przez całe moje życie, tzn. oczywiscie od czasu, gdy zaczęłam zwracac uwage na płeć przeciwną. Aktualnie na szczęście tak nie jest, ale jeśli pojawi sie jakiś obiekt zainteresowania, nie mogę pozwolić na to, by znowu wcielić  w życie syndrom Lydii. Bo inaczej przez resztę życia będę gadała głównie do kota :] Zwłaszcza że czas już przestaje działać na moją korzyść…. 

Ale…. Jak brzmi największe klamstwo wszechświata? „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Bezedura ;> Co mnie nie zabije, zrujnuje mi samoocenę, która potem będę latami kleić do kupy. Dlatego już teraz sama nie wiem, czy tak naprawdę chcę kogoś poznać.  Poza tym…. nie wiem, ile z mojego dotychczasowego parcia na zwiazki było spowodowane rzeczywistą potrzebą, a ile porównywaniem się do innych i chęcią bycia taką jak ci, którzy kogoś mają oraz desperackim pragnieniem dowartościowania się tym, że ktoś uzna mnie za wartą zainteresowania. 

… się nagle okazalo, ze jutro ma być koniec świata, nigdy bym się nie dowiedziała, kto miał rację – ja i grupa nielicznych osób z podobnym podejściem, czy też znaczna większość ludzkości. 

Taka mnie bzdurna refleksja naszła przy niedzieli :)

Trudno mi już policzyć, który to mój blog w życiu. Mój dotychczasowy jakiś taki odseparowany od wszystkiego i wszystkich, jakbym mieszkała w zapadłej osadzie, gdzie komunikacja nie dociera :) Przez jakiś czas mi to odpowiadało, ale teraz jakoś zapragnęłam zacząć znowu pisać w nieco bardziej widocznym miejscu.  Nie mam parcia na bycie kultowOM pisarkOM, ale wolałabym żeby mogły tu trafić więcej niż dwie osoby na tydzień ;) Fakt faktem, na dotychczasowym blogu od jakiegoś czasu nie rozpieszczałam czytelników notkami, ale może częściowo własnie dlatego, że miałam świadomość, do jak niewielu osób to dotrze? Niedawno znajomy powiedział, ze jestem aspołeczna (nawiasem mówiąc zapomniał o neurotyczności i newicy natręctw ;)))). Może to i fakt, ale nie powiem, żeby taki stan rzeczy mnie satysfakcjonował – planuję się więc nieco uspołecznic, choćby przez internet :) Chciałabym, jeśli się uda, wrócić do czasów, gdy średnio co 2-3 dni produkowalam notkę o wszystkim co mi przyszlo do głowy i nie ograniczałam się myśleniem, że kto będzie takie bzdety czytał ;) Dotychczasowego bloga nie likwiduję. Zachowam go sobie w rezerwie na wypadek, gdybym nie chciała o czymś pisac w miejscu wyeksponowanym albo gdyby z jakichś powodów odechcialo mi się pisać tutaj. 

A dlaczego nazwa gadam-do-kota? A bo mieszkam z kotem (właściciele kotów zapewne wiedzą, że kotów się nie ma, tylko się z nimi mieszka i tak naprawdę trudno stwierdzić, kto jest włascicielem kogo ;)) i czasem do niego gadam, gdy nie mam do kogo. Nie jest to może sytuacja tak beznadziejna, jak w słynnym powiedzeniu „gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu”, bo zazwyczaj kot coś odpowiada, ale wobec faktu mówienia całkiem różnymi językami przepływ komunikacji nie jest taki, jak mogłabym sobie tego życzyć :) 

  • RSS